czwartek, 20 listopada 2014

Love is everywhere


Ja jestem w "L" :D
Moja aktywność ostatnio sięga granic. Pracuję na pełnych obrotach i wszystko (poza egzaminem na prawo jazdy) idzie mi całkiem dobrze.
Jednak tym, co dało mi kopa na najbliższe 100 lat jest koncert The Baseballs, na którym byłam we wtorek we Wrocławiu.
Czasy Elvisa, styl pin-up girls, rock 'n' roll, sama radość... !


Było tak cudownie, tak bosko, tak... nie do opisania, że nie przeszkadzała mi nieprzespana noc, żeby drugiego dnia iść na uczelnię w podskokach i z drżącymi rękami oraz ściśniętym gardłem opowiedzieć o tym, co się działo, każdemu, kto tylko stał w pobliżu :D
Wszystkich pozostałych katuję filmikami z koncertu i najnowszymi piosenkami...
Dzisiaj biegnę kupić ich nową płytę i nie wierzę, że nie zdążyłam zrobić tego wczoraj! 
Oczywiście chodzi o sam fakt posiadania jej, bo wszystkie piosenki od północy we wtorek są na mojej liście odtwarzania na telefonie, a słucham ich tak często, że w środę dwa razy ładowałam telefon. Nie żartuję :D


Oczywiście mogłabym pisać o koncercie i Bejsbolach miliard epitetów, ale myślę, że będzie szybciej, jeśli sami zobaczycie o co chodzi :D Poniżej pląsający Sven vel. Sam...

 

Od kiedy wróciłam do domu z Wrocławia, już nawet nie martwi mnie góra projektów, egzaminów, kolokwiów, e-learningów i innych takich, których, mam wrażenie, nie ubywa.
Ale za to mam wtorki i czwartki rano wolne ze względu na ukończony już kurs szycia i aktualnie potrzebuję tylko chwili, żeby wykorzystać przygotowane wykroje i materiał, który mi został i który ofiarowała mi Sylwia.

A teraz trzymajcie za mnie kciuki - dzisiaj mam kolejny egzamin na prawo jazdy i jak znów nie zdam, to... jeszcze nie wiem co, ale na pewno coś niedobrego :D

piątek, 7 listopada 2014

Novembert already...


No właśnie. Już listopad i dzisiaj usłyszałam, że właśnie minęło mi pół semestru mojego lektoratu z rosyjskiego. Żeby było zabawnie - jeszcze nie znamy całego alfabetu :D
Ale ale! Przedstawić się i przywitać potrafię, umiem też nazwać członków rodziny i sztućce, więc jest moc!
Poza tym martwi mnie trochę perspektywa zbliżających się zaliczeń. To, że wszystko opieramy na własnej wiedzy i książkach. Nie ma wskazówek, nie ma zaleceń. Wyłącznie polecenie: zrób! 
Wiem, że na tym właśnie polegają studia, ale dlaczego mam wrażenie, że wiem niewiele więcej niż wcześniej? Podejrzewam, że winę mogę zwalić na tryb - czasem jeden dzień zajęć w tygodniu, czasem dwa... Zupełnie jak zaoczne. Poza tym martwię się, że ludzie poodpadają, poodchodzą. Chcę, żeby wszyscy zostali! Ale wiem, że na pewno część osób z Ukrainy wyjedzie z Polski. Część już wyjechała...
Nie zmienia to jednak faktu, że kocham chodzić do mojej WSB. Czekam na kolejne zajęcia, na przerwy i kontakt z moją grupą. Cieszę się, ponieważ w niedzielę widzimy się w babskim gronie. Jest nas tak mało, a wciąż nic o sobie nie wiemy! Nie mogę się doczekać, im dłużej je znam tym bardziej mnie ciekawią.

Tymczasem jutro jadę na Uniwersytet Dziecięcy do Ogrodzieńca i... chyba Zabrza. W ramach praktyk, które mogę zaliczyć na pierwszym roku, żeby mieć je już z głowy. I myśleć o erasmusie na spokojnie :D

Poniżej pochwalę Wam się zdjęciami, które zapowiedziałam ostatnio. 
Nie zdradzę jednak wszystkiego - od tego jest inne miejsce ;)
SiA design





sobota, 1 listopada 2014

Well done

Wczoraj Halloween, dzisiaj Wszystkich Świętych, jutro Zaduszki, a potem poniedziałek itd...
Czy mam w związku z tym jakieś refleksje? Niestety żadnych.

Zauważam natomiast, że wpadam w całkiem nowe środowisko, o którym do tej pory nie miałam pojęcia. Tak zwany "męski świat". Czyli? Samochody, ograniczona komunikacja werbalna (pozbawiona zbędnej paplaniny), brak głębszych przemyśleń i polski rap. Brzmi to chyba nieco negatywnie, jednak ja odbieram to jako absolutny chillout i stoicyzm. Brak pesymistycznego myślenia. Wyłącznie realizm, to co tu i teraz. Ci ludzie od dawna wiedzą czego chcą i określili swój charakter. A ja mam damski punkt odniesienia...
Ciekawi mnie jaki to będzie miało na mnie wpływ, tym bardziej, że nie określiłam jeszcze swojego stosunku do tego wszystkiego. Póki co badam i obserwuję to zupełnie obiektywnie i bez emocji.

Tak jak wspomniałam w poprzednim poście, wczoraj wybraliśmy się z Ukraińcami do Katowic na Halloween. Zdecydowaliśmy się na Pomarańczę, ale z naszych planów wyszły nici, ze względu na ich wiek i prowadzoną przy wejściu selekcję. W efekcie, żeby nie zmarnować wielogodzinnych przygotowań, przenieśliśmy się do Spiża. 
Było mega sympatycznie, tym bardziej, że zebrało się nas około 15 osób, w tym - uwaga - 3 Polaków.
Jutro natomiast wybieram się z Sylwią i Ewą na Nikiszowiec - będziemy robić zdjęcia na tle kamienic i familoków. Bardzo się cieszę, ponieważ od kilku dni mam już w głowie ułożoną stylizację - brakowało tylko czasu, miejsca i fotografa.

Cóż to będzie? Mała podpowiedź poniżej...

Lana Del Rey - Young and Beautiful

www.conradofado.blogspot.com

www.100layercake.com

www.kobietamag.pl

www.pff-aik.blogspot.com

www.zeberka.pl

niedziela, 26 października 2014

Kombinatoryka

Moje wakacje minęły... mam wrażenie, że wcale ich nie było! Czuję wielki niedosyt, ponieważ miałam mnóstwo planów - chciałam, żeby to był taki naprawdę przemyślany i absolutnie wykorzystany czas. Tymczasem czerwiec pochłonęła jedna praca, a lipiec, sierpień i wrzesień druga i prawo jazdy, a pod koniec również kurs szycia...


W międzyczasie pojechałam z misją do Paryża - znaleźć ubrania i inspirację. W tym miejscu pojawia się gorzkie rozczarowanie - szału nie ma! Niby coś kupiłam, niby jestem zadowolona, ale szczerze mówiąc... lepiej byłoby tam pojechać wyłącznie rekreacyjnie i obkupić się w Warszawie.
Najgorszy był powrót. Tam - piękne słońce, czasem lekki deszcz, uprzejmi ludzie i całkowita wolność. Tutaj - szaro i dżdżyście, nudno, monotonnie i w metaforycznym kagańcu. Pozostało tylko oglądać zdjęcia i wspominać. Ewentualnie przeżywać nowe znajomości i niesprawiedliwość losu.

 
Niedługo po tym zaczął się październik, a wraz z nim stres związany z uczelnią i nowym środowiskiem. Nie należę do osób, które żałują swoich decyzji. Nawet jeśli czasem źle wybiorę, nie przyznaję się do tego i szukam za wszelką cenę pozytywów, aż sama zaczynam w nie wierzyć. Ufam swojej intuicji, ale w przypadku wyboru szkoły... ciężko było mi cokolwiek sobie udowodnić. Żałowałam jak cholera. Aż do drugiego dnia. Wtedy były zajęcia integracyjne i wszystko się zmieniło. Uwierzyłam w tych ludzi, obudziłam w sobie nadzieję. A teraz niczego nie żałuję. Wcześniej planowałam zostać na WSB przez rok, w maju napisać jeszcze raz maturę i się przenieść gdziekolwiek, byle daleko. Po cichu brałam też pod uwagę zagraniczne uczelnie. Aktualnie nie widzę sensu - oczywiście wszystko może się zmienić, ale nie chcę o tym teraz myśleć. 

Nareszcie wiem gdzie i po co jestem, wiem co chcę robić w życiu i wiem jak zrealizować plan.
Dlatego znalazłam się TUTAJ :D

Od dwóch miesięcy harujemy z Sylwią i mamy już pierwsze efekty, którymi się Wam pochwalę.

Po więcej odsyłam na naszego oficjalnego bloga  www.sialegenre.blogspot.com

A co będzie dalej? W piątek wybieram się na halloween z kochanymi ziomkami do Katowic. Jeszcze nie zdecydowaliśmy gdzie, ale... niezależnie od miejsca, pojawia się problem przebrania. Oczywiście Tiara, ale... co poza tym?
Mam tydzień, żeby coś wymyślić.

wtorek, 21 października 2014

Dzien wolny


Znacie to uczucie, kiedy idziecie spać ze świadomością, że drugiego dnia będzie się dużo działo, bo macie mnóstwo planów... 
Ja też je świetnie znam! Ale dzisiaj NIESTETY nic z moich planów nie wyszło...
Rano nie wstałam na kurs szycia. Przyczyna prosta - w nocy padł mi telefon, więc budzik rano nie zadzwonił. Obudziłam się dokładnie 3 minuty po autobusie, do którego miałam wsiąść. Mówi się trudno! 
Zadzwoniłam do Sylwii, że na szyciu mnie nie będzie, ale mogę robić to samo, co ona tam, u siebie w domu. Postanowiła jednak również nie jechać, więc... zabrałam się za czytanie. Mam pod tym względem gigantyczne zaległości i ten spontaniczny dzień wolnego był mi bardzo na rękę. Tym bardziej, że po integracji mojej uczelnianej grupy z dnia poprzedniego byłam wciąż zmęczona.
Na popołudnie umówiłam się z koleżanką, a w autobusie dostałam telefon... z zaproszeniem na rozmowę o pracę. Cieszę się i nie-cieszę... boję się, że praca będzie kolidowała z moimi studiami, a po tej integracji nie chcę przechodzić na tryb indywidualny. Jestem ciekawa tych ludzi, od wczoraj nie mogę doczekać się jutra - pierwszy poweekendowy dzień na uczelni.
Człowiek potrafi być fascynujący na tyle różnych sposobów! To niesamowite jak bardzo odmienni i podobni jesteśmy! Że w jednych pociąga nas charakter, w innych zainteresowania, ktoś inny ma nieprzeciętne poglądy, a czasem wystarczy, że interesująco mówi lub po prostu jest zainteresowany nami! Mi osobiście potrzebny jest tylko czyjś ładny, dźwięczny głos lub bogata mimika twarzy. Tyle mi trzeba, żeby chcieć czyjegoś towarzystwa, albo przynajmniej spotkania co jakiś czas. Czasem myślę, że ludzie się mnie boją, bo czują się dziwnie, kiedy nie mogę oderwać od nich wzroku, kiedy wpatruję się w nich bezmyślnie, bo... po prostu lubię! Przykro mi, ale nie będę odmawiać sobie tej drobnej przyjemności tylko dlatego, że kogoś krępuję :D Lubię kontrowersje :D
Niemniej uwielbiam ludzi. I lubię, kiedy ludzie mnie uwielbiają. To takie ważne czuć więź z drugim człowiekiem i mieć poczucie, że kogoś ciekawi przebieg naszego dnia, plany i marzenia.
Myślę o moich znajomych i widzę same poczciwe mordki. Twarz znowu jak słońce i czuję, że dostałam skrzydeł, więc nie pozostaje mi nic innego, jak spakować się i liczyć, że noc szybko zleci! :D


Jesienna pamiątka z moich wieloletnim rudym ulubieńcem....

sobota, 18 października 2014

Szalona noc

Każdy z nas ma własną definicję szaleństwa. Ja sama posiadam je dwie. 
Pierwsza jest dość oczywista: brak opamiętania, lekkomyślność, zabawa, przekraczanie granic.
Druga, nieco bardziej statyczna: coś nietypowego, dziwnego, odstępstwo od normy.
To właśnie ta druga określa moją dzisiejszą noc. Odkąd rok temu, jesienią, w klasie maturalnej, zarywałam kilka nocy w tygodniu przez nadmiar zajęć, rosnące zaległości i stres, staram się sypiać codziennie nie mniej niż 6 godzin. Takie moje, można powiedzieć, postanowienie noworoczne. Udawało mi się to bez problemu przez ostatnie 9 miesięcy. Aż do dnia dzisiejszego. Nie śpię, bo...? WYSYŁAM CV!
Czuję, że mam obłęd w oczach, a w głowie milion myśli na sekundę. Pracuję na pełnych obrotach i teraz mam przerwę - bo skończyły mi się pomysły.
Na początku szukam czegoś na stanowisku asystentki/sekretarki. Gdzie indziej przyjmą studentkę na początku 1-go semestru? To pytanie retoryczne. Każdy wie, że w Mc! Mam jednak nieco wyższe ambicje. Chcę pracować w firmie. Wiem już nawet w jakiej, ale w związku z brakiem prawa jazdy (jeszcze... już niebawem egzaminy) oraz takim a nie innym miejscem zamieszkania (Będzin jest oczywiście piękny, kochany i zapraszam serdecznie, jednak... stolica to to nie jest...), moje plany muszą jeszcze trochę poczekać. Marzy mi się staż u projektanta. Albo w redakcji Elle. 
Szanse są minimalne, mam tego świadomość i z tego względu od 2 miesięcy chodzę na kurs szycia i kroju w celu uzyskania certyfikatu, po jego ukończeniu zaczynam kolejny, a od nowego roku, projektowania odzieży. Bez papierka się raczej nie obejdzie, tak więc nie mam wyjścia. Tym bardziej, że lubię się czuć wykwalifikowana. 

Zamierzam również obkupić się książkami (gazetami zarzucam pokój od ponad roku) i z każdej strony dowiadywać się WSZYSTKIEGO o tej branży! Szukając przydatnych, treściwych opinii, trafiłam na vloga, którego polecam gorąco - szczególnie fanatykom książek - Book Rewievs by Anita


Dzisiaj postanowiłam, że wszystko stawiam na jedną kartę. Trudno, jak nie wyjdzie, to będę kombinować. Ale nie będę czekać na otrzymanie magistra, żeby zacząć coś robić z życiem. Młodsza się nie stanę. A studiować mogę w innym trybie. Albo w innym czasie. Mam mnóstwo możliwości. W najgorszym wypadku będę piec i sprzedawać babeczki :D
Aktualnie zamierzam powoli kompletować swoje portfolio, precyzować upodobania i twardnieć. Muszę mieć mocny tyłek, bo w niego dostanę... i nie raz na niego upadnę.
A po co mi praca asystentki? Muszę się nauczyć robić dobrą kawę (bo to mi się przyda)... i rozciągać kalendarz do granic możliwości. A przy okazji wyćwiczyć bieganie w szpilkach :D Same praktyczne umiejętności!!! 

I już za kilka lat wrócę do tego miejsca nie tylko w celu rekreacyjnym...


Tymczasem na miłe zakończenie... wieczoru: