sobota, 5 grudnia 2015

Po co budowac dom...

Dzisiaj mocno refleksyjnie.
Mocno zaległy post.
Mocno szczęśliwie... nieszczęśliwy.
"Naleśniki" na Gali Miss & Mistera PW jako dział promocyjny TVPW


Od ponad dwóch miesięcy siedzę w Warszawie. Jak jest? Lepiej, niż mogłam kiedykolwiek przypuszczać. 
Chciałabym opisać wszystko dokładnie... ale wspomnę tylko o ludziach. Stare znajomości oczywiście mocno się przewartościowały, tak jak się tego spodziewałam. No ale pojawiły się nowe, które znów dają mi kopa.


Dzisiaj jednak nie o tym...
Otóż naszła mnie pewna, wcześniej zapowiedziana, refleksja. Lata temu byłam harcerką, kochałam to nad życie i wkładałam w tą organizację całe serce, całą siebie. Nie widziałam świata poza zbiórkami, piosenkami, ogniskami, harcerzami... a jednak przyszedł taki czas w życiu, kiedy "powiedziałam sobie dość" i odeszłam. Jednak zanim to nastąpiło, byłam kolejno przyboczną i drużynową przez kilka lat. Dużo zrobiłam dla tej drużyny. Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby za mojej kadencji upadła.
Co prawda to nie Judyta, ale Most Świętokrzyski odhaczony!
Rano, będąc z mamą na zakupach, spotkałam nowych młodych harcerzy z chustami mojej drużyny, którzy uczestniczyli w akcji charytatywnej. W pierwszej chwili popadłam w dziki popłoch ze względu na wyjątkowo niewyjściowy wygląd, ale przemogłam się i weszłam do środka. Spojrzałam nieśmiało w te młode uśmiechnięte buzie i zrobiło mi się autentycznie przykro. Nie poznali mnie. Oczywiście, to głupota z mojej strony spodziewać się, że dzieciaki, które nigdy w życiu nie miały ze mną styczności, będą mnie kojarzyć i witać ukłonami z daleka. A jednak... coś mnie ukłuło w sercu. Taka beznadziejna myśl "tyle zrobiłam, tyle poświęciłam... a oni nawet o tym nie wiedzą. I się nie dowiedzą, bo kto im to powie?". Miałam ochotę podejść i przedstawić się "czuwaj! To ja, druhna Osioł. Na pewno ktoś wam coś o mnie mówił, prawda?" Przecież to straszne, kiedy przeanalizujemy swoje życie i spojrzymy na nie z perspektywy obcego człowieka. Ile ważnych dla nas rzeczy, tak naprawdę nic nie znaczy. Ile z pozoru istotnych wydarzeń zostało zapomnianych.


Nigdy nie zapomnę pewnego ogniska na biwaku harcerskim w Białej Wielkiej, którego tematem gawędy były chyba plany i marzenia. W każdym razie... była tam dziewczyna w wieku 14 lat, której marzeniem było zostać zapamiętaną. Do tej pory pamiętam te słowa, nawet gdzieś je potem zapisałam... "chciałabym, żeby ludzie... np taka Toczek - po latach powiedziała wnukom, że mnie znała, że zrobiłam coś istotnego, coś wniosłam do jej życia". Minęło 5 lat od tego ogniska i wciąż uważam, że to jedna z najmądrzejszych rzeczy, jaką w życiu usłyszałam. Do tej pory wstydzę się własnych niedojrzałych marzeń, kiedy myślę o tym powyższym. 


Dh. Osiołek  - rok... pewnie 2007 albo coś w tym stylu
Jednak podobna sytuacja, jak ta ze sklepu, wydarzyła się wcale nie tak dawno, zaraz po tegorocznej maturze. Poszłam na zbiórkę harcerską mojej starej drużyny, żeby zobaczyć jak się trzymają, co się zmieniło. I znów... troje harcerzy mnie pamiętało, bo sama ich "zrekrutowałam", ale pozostałe dzieciaki patrzyły na mnie jak na ufo. Dopiero ówczesna drużynowa wprowadziła je w historię drużyny sprzed zaledwie trzech lat. Dostrzegłam iskrę zrozumienia i szacunku w ich oczach, a zaraz potem przypomniałam sobie czasy, kiedy byłam w ich wieku i w hufcu widziałam "starych" harcerzy, którzy odwiedzali swoich znajomych. Nie wiedziałam kim są, ani jak się nazywają. Wiedziałam za to, że chcę przeżyć przynajmniej tyle cudownych chwil, co oni, żeby potem też odwiedzać stare mury i wspominać piękne czasy, które już nie wrócą.
No i proszę! Chciałam, to mam! Tamtego dnia po zbiórce rozmawiałam z drużynową i przyboczną mojej starej drużyny - akurat tak się stało, że wszystkie trzy jednocześnie dorastałyśmy w 31 ZDH. Chodziłyśmy po osiedlu i wspominałyśmy rajdy, obozy, zbiórki. I znów poczułam się jak dziecko. Skakałam, śmiałam się, krzyczałam i siedziałam na trawie. Później w domu obejrzałam wszystkie wywołane zdjęcia i uświadomiłam sobie jakie miałam cudowne dzieciństwo i ile to wszystko, co było, dla mnie znaczy. Dobrze, że są ludzie, którzy też pamiętają te czasy. Dobrze, że są ludzie, którzy tego wszystkiego nie doświadczyli, bo dzięki temu nasze wspomnienia wciąż żyją dzięki opowieściom. Dobrze, że mamy okazję uczestniczyć w tylu wydarzeniach, poznawać tylu ludzi, stać się ich wspomnieniem.

piątek, 18 września 2015

All I wanna do is...

Chillout
Za 8 dni wyjeżdżam na studia.
Czuję lekką panikę, ale z niewłaściwych powodów.
Żeby nie myśleć, staram się zająć głowę czymkolwiek. Nie mogę się skupić na czytaniu. Nie umiem się zacząć pakować. Słabo mi idą seriale i filmy, wciąż odpływam myślami...
Rozwiązaniem są ludzie.
Nigdy nie mogłam bez nich żyć, ale teraz egoistycznie potrzebuję kogoś, kto na siłę wytarga mnie z domu. Potrzebuję codziennie rano powodu, żeby wstać i się ubrać.


Dzisiaj na kawę do Katowic wyciągnęła mnie Sylwia, żeby "powymieniać się informacjami". Jako, że jest moim żywym i jedynym (prócz jesieni) skojarzeniem z "Gossip Girl", po powrocie przewrotnie postanowiłam obejrzeć "Wiek Adaline" (dla niezorientowanych - zalecam przejrzeć obsadę, wszystko się wyjaśni). Jestem właśnie w połowie, ale musiałam przerwać, gdyż-ponieważ na jego podstawie, w głowie pojawiło mi się jedno zaskakujące pytanie: czy życie może się znudzić?
Wyobraźmy sobie, że żyjemy wiecznie, że możemy zrobić wszystko, jechać wszędzie, spotkać każdego. Czy istnieje możliwość, że po czterystu-pięciuset latach życia moglibyśmy się wszystkiego nauczyć, wszystko osiągnąć i być w każdym miejscu? NIE! Przecież zawsze trzeba będzie pracować. A jeśli nie będzie trzeba, to będzie MOŻNA. Bo w tym wypadku starość nie występuje. Nie ma problemu z emeryturami, z brakiem czasu, ze śmiercią. Każdy mógłby śmigać biegle po turecku, węgiersku, mandaryńsku i... waleńsku! Przez 5 lat można by pracować w KFC, kolejne 5 w banku, a potem zostać ambasadorem na Jamajce. Bo dlaczego nie?
Cerkiew w Bielsku Podlaskim
Air - Photograph

Jednakże... w tym miejscu pojawia się kolejne pytanie. Czy każdemu taki układ by odpowiadał?
Umówmy się - wszyscy znamy więcej niż 100 osób. Lepiej lub gorzej. Ale każdy ma jakieś tam pojęcie na temat tych ludzi. Czy wszyscy oni studiują/pracują/wychowują dzieci/doskonalą się? 
Nie musicie przeglądać listy swoich znajomych na facebooku, odpowiem za was. Nie wszyscy. Oczywiście, można się kłócić o to, czy granie przez 20 godzin dziennie od 4 lat w LOLa da się zaliczyć jako "doskonalenie się". Mam jednak na myśli kształcenie związane z jakimiś planami na przyszłość. Np. jeśli ktoś planuje być drugą Martyną Wojciechowską i w nosie ma różniczkowanie i rozmnażanie pantofelków, nie idzie na studia. Nie szuka też stałej pracy. Bo na podróżowanie nie potrzeba wielkich pieniędzy, naprawdę. Jedna z moich dobrych koleżanek mając w kieszeni ok. 30 zł dostała się koleją transsyberyjską do Mongolii i gdzieś tam jeszcze. Dodatkowo, z jeszcze mniejszymi funduszami, dotarła stopem do Barcelony. Dziewczyna studiuje w Krakowie i nie wydaje ani grosza na transport ze Śląska - zdarzają się wyjątki, ale w 9/10 przypadków jeździ za free. Da się? DA SIĘ! Tylko trzeba chcieć. Trzeba mieć marzenia i odrobinę dobrej woli. A poza tym ruszyć tyłek z kanapy i coś zrobić, trochę się wysilić. Trzeba szukać możliwości i interesować się, trochę grzebać w internecie, pytać ludzi, czytać. To jest doskonalenie się. Jeśli kiedykolwiek coś w nas dupnie i Martyna zostanie jedyną osobą na Ziemi, to dam sobie rękę uciąć, że przetrwa aż do śmierci naturalnej, bo dzięki podróżom i dokształcaniu się nabędzie odpowiednich umiejętności.
Jeśli kogoś przygody Martyny B. zainteresowały, podaję link do jej bloga - warto zajrzeć i się zmotywować https://chociazkawalek.wordpress.com/.
Meczet w Kruszynianach & Alison


Inny przykład - jeżeli ktoś lubi się uczyć, jedyne co go interesuje, to nauka, nie wyobraża sobie "normalniej" pracy (np. przy kasie), może zostać naukowcem lub wykładowcą. Osobiście niestety nie znam żadnego geniusza, który aspiruje do nagrody Nobla, ale jestem wielką fanką "Big Bang Theory" i na podstawie serialu (choć to tylko sit-com, to ja w jego prawdziwość gorąco wierzę) stwierdzam, że można spełniać swoje marzenia i całe życie pozostać na uczelni, jednocześnie mając się z czego utrzymać. Cytując Laskę z "Chłopaki nie płaczą": "wystarczy, że odpowiesz sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co lubię w życiu robić? A potem zacznij to robić".
Wszystko spoko, ale do czego dążę...
Otóż jest pewna grupa ludzi, którzy niezmiennie od wielu wielu lat mnie przerażają. To osoby, które nie mają zainteresowań, marzeń, planów, ambicji ani potrzeb wyższych. Siedzą w domu i to wszystko. Nie są ani szczęśliwi ani nieszczęśliwi. Po prostu egzystują i nie zastanawiają się co się z nimi stanie za 10 lat. 


Kilka miesięcy temu, podczas jednego z meetingów u Alicji, doszłyśmy do wniosku, że mamy niesamowite szczęście, bo otaczamy się samymi ambitnymi osobami, które nieustannie nas motywują, ciągną w górę. To naprawdę fantastyczne uczucie, kiedy SIĘ CHCE. Kiedy człowiek spotyka się z kimś i po godzinie rozmowy chce już wrócić do domu, bo chce coś zrobić. Powiem więcej! To cudowne, kiedy efektami swojej pracy możemy się pochwalić swoim przyjaciołom, a ich to naprawdę interesuje! Moim zdaniem dzielenie wspólnych zainteresowań, planów, marzeń oraz wspólne nakręcanie się, to jeden z głównych fundamentów każdej przyjaźni. Po spotkaniach z Alą zawsze chce mi się uczyć języków obcych. Słabo mi idzie, to zdecydowanie nie jest moja mocna strona, ale przynajmniej próbuję. Przez wpływ dwojga innych przyjaciół dużo w te wakacje jeździłam na rowerze, na rolkach, chodziłam na basen... bo choć ogólnie pochodzę z bardzo pro-sportowej rodziny i lubię szeroko pojętą aktywność fizyczną, to dopiero... jakaś forma rywalizacji zaczęła mnie motywować do regularnych ćwiczeń, bo sama po prostu nie lubię tego robić. Ostatnio częściej widzę się z Adą i Kubą, którzy piszą. Ada udziela się na blogu grupowym, prowadziła swojego bloga i pisze książkę, Kuba podobnie. Prócz tego wszyscy troje (łącznie z Alą) dużo czytają. I odkąd widzę się z nimi kilka razy w tygodniu, wracam do domu i też piszę. Znów mam wenę. Czytać też próbuję, choć mam problem z koncentracją. Ale nie poddaję się i robię kolejne podejścia. Tydzień temu spędziliśmy w czwórkę tydzień na wsi u dziadka Kuby. Cudownie było zaszyć się daleko od domu, daleko od ludzi, w ciszy. Dużo rzeczy do mnie wtedy dotarło, sporo poukładałam sobie w głowie i jedynym, czego żałowałam, było niezabranie laptopa. Bo tak chciałam wszystkie te myśli i wnioski spisać! Założę się, że gdybym była tam w innym towarzystwie, do głowy nawet by mi nie przyszło pisanie. Nie miałabym ani chęci ani pomysłu. Tymczasem Ada pisała na blogu, Kuba coś pisał, Ala przygotowywała konspekt na Erasmusa...


Modnisia Adrianna
Alison - szalony filozof
Papa Kuba poluje na wiewiórkę
Ludzie, z tego miejsca pragnę do wszystkich zaapelować. Zróbcie coś ze swoim życiem. Zajmijcie się czymś. Jeśli nie macie zainteresowań - szukajcie ich! Próbujcie wszystkiego. Nie namawiam nikogo, by robił coś wbrew sobie. Ale nie zapomnijcie, że po coś tu jesteście, w jakimś celu się urodziliście, zostawcie światu i ludziom coś po sobie. Życie jest tak krótkie, nie zmarnujcie go na nudę przez lenistwo! Pewnego dnia możecie zorientować się, że zostaliście kompletnie sami, bo gdy Wasi znajomi zorientują się, że znajomość z Wami nic nie wnosi do ich życia, że następuje stagnacja lub wspólnie idziecie w dół, oni Was zostawią. Może więc warto się postarać?

środa, 22 lipca 2015

"... mysle - co sie tez stanie z moim sercem..."

Wycieczka z "papierami" - Złote Tarasy.
Politechnika Warszawska budynek główny
Jest już dawno po maturach. Dawno po wynikach. I dostałam się.
Składałam papiery na UW, UJ, UE w Katowicach, PŚ i PW. Na UJ iść nie chciałam i tam też mnie nie chcieli. Dlatego spośród pozostałych... wybór padł na PW.


Mam wątpliwości  - nie myślcie sobie, że to taka prosta decyzja. Aż sama jestem zaskoczona jak bardzo jest nie-prosta. Całe życie chciałam wyjechać i rok temu przeszłam prawdziwe, gigantyczne załamanie, bo nie dostałam się do Wrocławia i wszystkie moje plany rozsypały się niczym kulka z suchego piasku rzucona o beton. A teraz, kiedy wreszcie jest okazja... mam jakąś blokadę w mózgu. 


Boję się tu zostawiać tylu "moich" ludzi. No i rodzina... Rodzina i najbliżsi przyjaciele - tu jest pies pogrzebany. O ile rodzina mnie nie opuści, o tyle ostatnio uświadamiam sobie, że... oni mnie przecież tak strasznie kochają! Z każdym dniem widzę to coraz bardziej i coraz bardziej serce mi się kraje kiedy myślę, że ich tu zostawię i pewnie zranię. Oni nie cieszą się, że dostałam się do Warszawy. Jeszcze do wczoraj próbowali przekonać mnie na UE albo PŚ. Ale nie, słowo się rzekło i klamka zapadła. Nie mam rodzeństwa, więc nie wiem na kim teraz skupią uwagę. Kupię im chyba kota. Chciałabym go mieć, ale w akademiku (a tam najprawdopodobniej będę kimać) oczywiście nie mogę. Więc może taki prezent to dobry pomysł? Połączyłabym przyjemne z pożytecznym...
No błagam, przecież to wygląda jak Luwr! *.*
Leżing z Alo w dąbrowskim Parku Hallera. Obie zmordowane po pracy.
No i drugim problemem są moi friends. Jak ich człowiek nie ma, to kapa. Jak ma, to też słabo... ech.


Pocieszam się, że jedna moja Ala jedzie ze mną - dostała się na UW. No ale zostaje tutaj jeszcze przynajmniej dwoje. Może troje. Ale tęsknić i tak będę za wszystkimi, których lubię i szkoda mi, że te kontakty się pourywają, że już nie usłyszę "Osioł, wpadnij do mnie za godzinę, obejrzymy Bridget, zrobimy se popcorn, akurat mam wino, będzie fajnie! No chooo!". Szkoda mi, że już nie będziemy oglądać Laski z "Chłopaki nie płaczą" na Redenie spontanicznie w niedzielę po pracy, że nie będziemy chodzić na Mariacką czy na rolki. 
Misja - zdjęcia charakterystycznych miejsc z ulubionych filmów
Oczywiście, będą inni znajomi, inne sytuacje i też pewnie będzie super. Ale nie chcę tracić tego, co już mam tutaj, pewne i stabilne. Martwię się też, że w październiku czy listopadzie okaże się, że te relacje wydawały mi się silniejsze niż faktycznie były. Boję się rozczarowania i tego uczucia... nie wiem jak ono się nazywa, ale jest takie paskudne. Człowiek lubi się oszukiwać i chyba wszyscy o tym wiemy. Tylko nie zawsze ma świadomość, że to robi. Ja wolałabym tego nie sprawdzać. 
Powtarzam sobie, że to nie koniec świata i Pendolino dojadę tu w niecałe 3 godziny. No ale przecież tak się tylko mówi.
Boję się też, że się zmienię. Że wrócę tu po kilku tygodniach czy po semestrze, może będę miała jeszcze do kogo i okaże się, że już nie jestem tą samą osobą, tylko zarozumiałą i oschłą "damą".
Nie wiem! Mam mętlik w głowie i już naprawdę mam dość wałkowania tego tematu.


Z rzeczy pozostałych...
Otóż za tydzień kończę pracę i zaczynam prawdziwe wakacje. Mam mnóstwo planów, zrobiłam sobie nawet specjalną listę okrzykniętą (nie przeze mnie) "listą zachcianek", na której znajdują się głównie rzeczy, których nie robiłam nigdy (np oddanie krwi) oraz takie, których nie robiłam dawno (np wycieczka do zoo czy wyjazd w Bieszczady). Strasznie się cieszę i już odliczam dni, bo mentalnie przygotowuję się na sierpniowy wakacyjny "przełom". Chcę też doczytać zaczęte książki, PRZECZYTAĆ zaległe gazety i dooglądać niedokończone seriale. Aktualnie na tapecie jest Dexter, ale myślę, że do niedzieli już go skończę, bo zostało mi tylko 9 odcinków. Zamierzam też zacząć oglądać LOST'ów i Breaking Bad. I jeszcze raz Big Bang Theory. Postanowiłam nauczyć się kwestii Sheldona na pamięć :D

Zdjęcie biletów z koncertu muzyki serialowej - było mega cudownie, a zapomniałam pochwalić się ostatnio :D
W planach mam także wielkie SZYCIE. Materiały od miesiąca leżą i stygną, projekt już jest, teraz tylko forma do wycięcia i można pracować. Zamierzam skroić białą letnią koszulkę w stylu boho bez rękawów i krótkie spodenki w szkocką kratę. Dość pożyteczne i nietrudne projekty, ale potrzebuję na to CZAAAASUUUU i SIIIŁYYYY :D


No i sport, moi drodzy! To już chyba ostatni duży "blok" planów na wakacje. Póki co uskuteczniam czasem basen i rolki (z przerwami na leczenie obtarć), kupiłam też hantelka. No ale chciałabym pojeździć na jakieś wycieczki rowerowe, pochodzić po górach... na mojej "liście zachcianek" są też m.in. tenis i squash. Zamierzam robić codziennie coś - żeby to były najaktywniejsze wakacje mojego życia :D


Jeśli chodzi o rzeczy związane z sesjami... ostatnio tylko na życzenie. I nie mają one nic wspólnego z szerokopojętą modą. Mimo to pochwalę się. Ostatnia sesja Ali.




Na koniec... dzisiaj rano wróciłam do poezji. Czytania. Zawsze kurczowo trzymałam się Szymborskiej i szłam, jak to ciele, z klapkami na oczach. Dzisiaj poznałam wiersze Osieckiej. I mam nową idolkę. W tytule postu wiersz Poświatowskiej, który także polecam, tymczasem poniżej fragment Osieckiej "Ach panie, panowie", który urzekł mnie szczególnie.

"Umiem cenić twój takt,
elegancki twój styl,
kto nauczył cię tak ładnie patrzeć na łzy ?
Jeszcze tulisz do ust moją rękę,
lecz zapomnisz mnie jak tą piosenkę.
Żegnaj miły, no cóż,
jak się żegnać - to już,
pięknie było nam z tym,
lecz za dużo jest zim,
ja cię może za mało kochałam,
lecz zapomnieć to już nie umiałam."

wtorek, 16 czerwca 2015

... tego sercu nie żal...

Po ponad miesięcznej przerwie (MATKO KOCHANA, CO SIĘ DZIEJE?!) powracam.

Co prawda akurat dzisiaj jestem wykończona i właśnie dlatego akurat dzisiaj postanowiłam nadrobić zaległości...

Przede wszystkim muszę się pochwalić! Od prawie 3 miesięcy nie jem słodyczy i jest mi z tym CUDOOOOWNIE!
Poza tym jestem uszkodzona po piątkowym wypadzie na rolki, gdzie zaliczyłam nieziemską wprost glebę i teraz chodzę pooklejana plastrami i innymi takimi... Taki gamoń :D
A cóż poza tym...


Jako, że kończy się rok szkolny i prawie nie daję już korepetycji, jako, że rzuciłam studia, pokończyłam wszystkie kursy i ogólnie została mi praktycznie tylko praca... trochę nadrabiam czytelnicze, serialowe i filmowe zaległości.
Serialom poświęcę osobny post, bo... jest o czym pisać, nad filmami muszę jeszcze pomyśleć, dlatego też dzisiaj akurat padło na... gazety!
Sukcesywnie staram się zmniejszać stertę nieprzeczytanych od niemalże roku gazet typu Avanti, Elle czy Glamour, ale idzie mi słabiuuuuśko.
Niemniej - chciałabym podzielić się z Wami moimi ostatnimi przemyśleniami.
Przeglądam kilka gazet właśnie w tym momencie i zauważyłam pewną prawidłowość. Otóż tematem, który poruszany jest od dłuższego czasu w każdej z nich, są... związki. 
Jak to jest, że kobiety (bo głównie do nich kierowane są treści artykułów) potrzebują tylu rad w tym zakresie? Szczerze mówiąc zastanawia mnie dlaczego od co najmniej trzech lat (wcześniejszych numerów nie posiadam) jest to tak bardzo TOP temat. Czy naprawdę same nie potrafimy sobie ze sobą poradzić? Czego tak szukamy w tych artykułach? Wskazówek? Potwierdzenia, że wszystko jest dobrze? Albo, że nie jest? Jak naprawić swoje relacje? 
Zauważyłam też, że do tej pory zawsze omijałam wszystkie wywiady, bo już w nagłówkach widać, że w ABSOLUTNIE każdym z nich pojawia się pytanie o miłość, związki, zdrady, rozczarowania, rozwody... Na litość boską! Kogo to interesuje?!
Potrzeba dowodu?
Proszę bardzo, pierwsza z brzegu: biorę do ręki starą "Panią" (luty 2015) i widzę - wywiad z Marietą Żukowską i jej partnerem Wojciechem Kasperskim o tym jak to jest być w związku przez 12 lat (czy to już sztuka?). Przewracam dwie kartki i co widzę? Wywiad z Magdaleną Boczarską o jej byłych i aktualnych miłościach. Spróbujmy w innej. Padło na również stare "Glamour" z lutego bieżącego roku. Na okładce jeden z tytułów "związki: koniec teorii przeciwieństw. Szukaj na życie kogoś takiego jak ty!". To dla mnie za mało... Przewracam strony i mam! Alicja Bachleda-Curuś. Co prawda w nagłówku o partnerach nic nie ma, ale nie chce mi się wierzyć, że temat zostanie pominięty. Nie pomyliłam się - przewracam kolejne dwie kartki i mam! W oczy rzuciło się słowo "Colin". Więcej nie potrzebuję, tym razem sięgnę do archiwum po coś jeszcze kilka miesięcy starszego. Sprawdźmy... wylosowałam "Elle" z października 2013. Co my tu mamy... Jest! Spis treści: str. 124 - Zuzanna Bijoch "Miłość w Nowym Jorku". Dla pewności wyciągnę z szafy coś jeszcze. Może tym razem "Twój Styl" z października 2014. Nawet nie otwieram - na okładce Małgorzata Foremniak, a obok tytuł "Jak wygląda życie po zdradzie".
Uważacie, że technologia, pęd życia, globalne ocieplenie, GMO, kurs franka, zamykanie kopalń, islamizacja albo któryś z miliona innych aktualnych problemów na świecie mają na to wpływ? Wpływ na nasilenie tematu, oczywiście. Szukam pewnej prawidłowości i z ręką na sercu - nie potrafię jej znaleźć. A może zawsze tak było? Może jak świat długi i szeroki zawsze pojawiały się w magazynach artykuły o problemach w związkach? A może zawsze wszystko jest w naszych relacjach w porządku, tylko tak o - żeby uatrakcyjnić sobie życie - szukamy dziury w całym w takich właśnie artykułach? 
Pozostawiam Was z tym pytaniem...
Tymczasem poniżej przedstawiam wygrzebane, zachowane na moment awaryjny, zdjęcia jesiennej spontanicznej sesji (20 minut oczekiwania na autobus na kurs szycia). Stylizacja swobodna, na chłodne poranki i słoneczne popołudnia. Trochę hipsteriozy, kolory stonowane, a'la pilna studentka. Malownicze poranki na Rynku w Katowicach...




płaszcz Stradivarius, koszula Sinsay, dżinsy H&M, torba H&M, buty H&M, czapka Reserved

poniedziałek, 11 maja 2015

It's a jungle...

Ostatnie dni upływają prawie beztrosko. Prawie, bo jednak ciągle gdzieś po głowie chodzi mi ta nieznośna myśl o minionych maturach. Czy to dobry pomysł, czy warto, czy na pewno chcę iść na Politechnikę albo do... w inne miejsce - i takie tam. Przedtem ograniczyłam wszystkie zajęcia do minimum. Pozbyłam się nawet konta na facebooku w nadziei, że to pomoże, że znajdę więcej czasu na zadania z matmy. I szczerze mówiąc ciężko jest mi ocenić efekty. Ostatnio jednak podczas rozmowy z Sylwią pojawiła się nowa perspektywa, która... bardzo mi się podoba. Jeżeli ją tylko trochę dopracujemy, to możemy się całkiem nieźle ustawić na kolejne lata. Ale zanim przyjdzie czerwiec i wyniki, postanowiłam podjąć kolejne radykalne działanie. Stwierdziłam, że chyba powinnam rzucić moje WSB, bo to nie jest to miejsce, gdzie widzę się w najbliższym czasie. A skoro wiem, że to nie to, to po co marnować czas i energię na kończenie roku? Przecież i tak po dwóch semestrach nie mam nic. Jest mi trochę żal. Nawet bardzo! Mam z tą uczelnią mnóstwo świetnych wspomnień, poznałam super ludzi i przede wszystkim dobrze się tam czułam. Ale jednak... jest jakiś taki niedosyt, czegoś mi tam brakuje i od samego początku próbuję pozbyć się tego uczucia, mimo to wciąż mi się nie udaje. Chociaż muszę przyznać, że sama siebie do niej przekonałam. Zawsze tak mam - nie potrafię znieść myśli, że dokonałam złego wyboru i robię wszystko, żeby uwierzyć, że postąpiłam właściwie. Dlatego teraz mam mętlik...
Ale klamka zapadła, decyzję podjęłam, teraz tylko nie wiem czy nie będę tego żałować.
Jutro postanowiłam pojechać z rezygnacją.
A BĘDĘ TĘSKNIĆ! JUŻ TĘSKNIĘ! Może czasem gdzieś cichcem wpadnę na jakiś wykład albo wymyślę coś innego...


Od ponad miesiąca czuję, że jednak jest trochę inaczej. Teraz nie patrzę już na życie jako jakaś tam nastolatka, tylko... jako 20-letnia (jeszcze) studentka. To przerażające, ile dwie nic nieznaczące cyfry mogą zmienić w mózgu człowieka. Teraz mam poczucie, że muszę bardziej się skupić na tym co robię i mówię, bo inaczej mnie z tego rozliczają. Co jednak wiąże się z urodzinami... oprócz fantastycznych przyjaciół mam też niesamowitą szefową. Pierwszego dnia pracy po moich urodzinach zrobiła mi w sklepie grę terenową. Prezent od niej musiałam sobie znaleźć podążając za wskazówkami. Nie liczyłam na nic więcej prócz życzeń, a jej... po prostu się chciało! Chciałabym mieć przez całe życie tyle energii i pomysłów ile ona ma. I mieć taki świetny kontakt z ludźmi.


Ale na TAKĄ przyszłość mam jeszcze czas. Teraz skupiamy się na tym co tu i teraz.
Mam więcej wolnego czasu i ostatnio w nagrodę za pilną naukę kupiłam sobie trzy nowe książki:
"Hobbita" wiadomo kogo, "Kroniki Bane'a" Cassandry Clare, autorki mojej ulubionej serii fantasy (po HP) i "Najdłuższa Podróż" Sparksa. Zabrałam się za czytanie "Hobbita" i kontynuuję swój nałóg związany z "Teorią Wielkiego Podrywu". Postanowiłam nauczyć się odcinków na pamięć, więc jak już skończę ostatni, 8 sezon, zacznę oglądać od początku.
Więcej o serialu planuję opowiedzieć Wam w kolejnym poście.
Prócz tego zaczęłam robić listę rzeczy, których jeszcze nie zrobiłam, a zawsze miałam ochotę. Zainspirowałam się starym odcinkiem Plotkary, kiedy to Dan, jego dziewczyna i Vanessa realizują artykuł z gazety ("Things to do before graduation." Or something like this).
W związku z tym w przedwczoraj - w sobotę - udałam się na właściwie spontaniczny wypad na bilard i kręgle z moimi przyjaciółmi. Spontaniczny do tego stopnia, że Sylwia pojechała w sukience. Bardzo krótkiej sukience. I było ME-GA! Od soboty nie przestaję się uśmiechać...
Tymczasem...
I would like to show you naszą spontaniczną sesję na Dolnej Syberce.
Pomimo przeszywającego wiatru i wiosennej "lodówy" przemogłyśmy się i jest.
W stylizacji trochę bardziej młodzieżowej, swobodnej, lekko rockowej.









kurtka Cropp, creepersy Pull & Bear, okulary H&M, t-shirt Cropp, torba H&M, spodnie nn

środa, 29 kwietnia 2015

Już prawie prawie...

Głowa prędzej czy później eksploduje mi od nadmiaru nauki, więc pod wpływem impulsu (i inspirującej nowej użytkowniczki Bloggera, a mojej przyjaciółki Ady, której bloga polecam - jest dobra, zobaczcie KLIK) postanowiłam zrobić sobie bardzo pożyteczną chwilę przerwy.

Od dłuższego czasu utwierdzam się w przekonaniu, że nie mogę i nie chcę próbować żyć bez muzyki. 90% społeczeństwa XXI wieku tak ma. Dlaczego?
Ponieważ muzyką można zastąpić wiele uczuć, emocji, słów... a nawet ludzi. Nauczyliśmy się radzić sobie z różnymi sytuacjami wyciszając się, albo... wręcz przeciwnie - zagłuszając myśli w potwornym UMCY-UMCY. Metody są różne, jednak środek zawsze ten sam...
Muzyka od wielu lat to też pewne kryterium. Jedno z pierwszych pytań jakie zadasz nowo poznanej osobie - "Czego słuchasz?", "A lubisz...?". To takie szalone i niesamowite, że jesteśmy tak silnie związani i definiowani przez twór zupełnie niezależny od nas. Że mamy tyle wspomnień z utworami, których autorzy nie wiedzą o naszym istnieniu! Niezmiennie od wielu lat mnie to zaskakuje.
Zadziwiająca jest też zdolność człowieka do kojarzenia muzyki z sytuacją albo z wydarzeniem z życia. Czasem skojarzenie to jest zupełnie absurdalne, innym razem dany utwór towarzyszył nam w konkretnej sytuacji. I przez wiele lat skojarzenie to ciągnie się za nami niczym zapach wspominany z dzieciństwa. Pamięć ludzka jest zawodna, jednak... nie w tym wypadku.
Dlatego też mam taką potworną słabość do muzyków. Człowiek, który potrafi swoją grą i swoim głosem doprowadzić drugą osobę do zmiany nastroju czy emocji tudzież palpitacji serca (często tak mam), jest dla mnie niemalże Bogiem!
Uwielbiam ten okres przedświąteczny, kiedy wcześnie robi się ciemno, w domach są już ubrane choinki i jest tak cieplutko dzięki ogrzewaniu, ale mimo wszystko siedzi się w sweterku, bo... taką ma się ochotę. Kocham w takie dni wyłączyć światło, zostawić tylko lampki od choinki, odpalić kilka świeczek i leżeć w delikatnej ciemności słuchając tego, na co akurat mam nastrój. Najczęściej są to raczej smęty. Ale w związku z tym mam też pewne odkrycie. Otóż smętów nie trzeba słuchać, kiedy ma się doła. One wywołują w człowieku tyle skrajnych emocji, na tyle różnych zmysłów oddziałują, że można je uznać za NAPRAWDĘ uniwersalne. Kiedy masz dobry humor pewne piosenki mają w sobie jakąś taką... nadzieję, wolę walki... czuje się w nich siłę! Innym razem, kiedy jest źle, słuchając tej samej piosenki nie wierzysz już w nic, jest po prostu smutna. Przykład takiej piosenki poniżej:

Wszystko to tworzy mój prywatny kawałek nieba na ziemi. Jest romantyczny, klimatyczny i własny. I nikt nie może mi go zabrać. Tylko muzykę dzielę z różnymi ludźmi...


Poniżej przedstawiam również efekty naszej starej, jesiennej październikowej sesji z Sylwią.Wszystko w tonacji pudrowego różu, z wyróżniającą się czerwoną listonoszką. Czasy, kiedy byłam szaloną 19-nastką, a jesień była ciepła i kolorowa <ociera łezkę>.






Koszula Mohito, spódniczka Mohito, listonoszka H&M, kurtka Butik, naszyjnik New Yorker, buty no name

czwartek, 5 marca 2015

Any Other World

Czy to Syberia? Owszem, tak! :D
"Opowieść o dwóch miastach" - wydanie z 1901r.
Niestety, moje postanowienia ostatnimi czasy są nic niewarte. Bunt chyba przesunął mi się o kilka lat nie w tą stronę. I kto to widział, żeby sprzeciwiać się samemu sobie? To wszystko wygląda niczym... wzór na współczynnik kierunkowy prostej prostopadłej do drugiej prostej... chyba coś pomieszałam, w każdym razie chodzi o funkcję liniową (kiedyś ją zrozumiem, mocno w to wierzę!).


Wracając... nic nie uszyłam, nic nie przeczytałam (a bardzo się starałam, uwierzcie mi! Jestem w połowie I tomu wskazanego na zdjęciu dzieła Dickensa), nawet nie skończyłam oglądać żadnego serialu. Powiem więcej! Zaczęłam oglądać kolejny i stwierdzam absolutne uzależnienie. Mam na myśli "Big Bang Theory" (wmawiam sobie, że w ten sposób uczę się angielskiego... choć mówią za szybko i ten slang naukowy na maturze jest raczej zbędny). Ten, kto widział, mam nadzieję, że mnie zrozumie. Wszystkich pozostałych gorąco zachęcam! Ale za to, w ramach "inicjatywy społecznej", pokazałam mojej grupie jak moje osiedle wygląda zimną i zabrałam dziewczyny z Ukrainy na łyżwy. Tydzień później odwdzięczyły mi się gotując u mnie syrniki (jakkolwiek się to pisze) na deser i naleśniki na obiad. Z głodu z nimi nie umrę...


Inicjatywa "syrniki" I
Tam, gdzie nie widać, jestem ja! :D
Jednak kilka dni później wzrosło moje zapotrzebowanie na tzw. gruby szmal, więc zaprosiłam do siebie moją ekipę z pierwszego liceum na mały... hazardzik. Wyciągnęłam Eurobusiness i... przegrałam. Ale przynajmniej nie pierwsza! Tego dnia dowiedziałam się, że otaczam się skorumpowanymi przedstawicielami władz państwowych, kryminalistami i mafią. Jestem dumna, że jako zwykły Kowalski należę do ich grupy!


Poza tymi kilkoma szaleństwami, miesiąc upłynął raczej spokojnie - głównie w pracy.
Tym sposobem w góry nie pojechałam i Warszawy nie zwiedziłam. Syndrom podróżnika, niczym Harnaś, zawisł na haku.
meeting po egzaminie
Pierwsze wspólne po powrocie na WSB
Dodatkowo przed chwilą z wielkim trudem skleciłam maila o rezygnacji ze stażu w Grecji. Te wakacje (tak jak poprzednie) będą bardzo stresujące i wolałabym je spędzić jednak w ojczyźnie z ludźmi, których mam tu ze sobą. Poza tym liczę, że uda nam się wyskoczyć gdzieś paczką. Liczę na Mazury, ale jeśli nie, to nawet biwak gdzieś w Katowicach mnie zadowoli. Każdy ma teraz tyle swoich spraw na głowie, że wspólne spotkanie to prawdziwy cud. Kolejne wypada 21 marca - impreza w stylu lat '80 i '90.  Mam nadzieję, że wszyscy wykażą się kreatywnością. Dawno nie poświęciłam tyle czasu na grzebanie w internecie w poszukiwaniu ubrań. A na shopping zaprosiłam rodziców - w końcu są ekspertami jeśli chodzi o TAMTE czasy :D Było ciężko, ale... się udało. Spodnie co prawda są rozmiaru namiotu wojskowego, ale TO NIE PROBLEM DLA POCZĄTKUJĄCEJ KRAWCOWEJ, prawda? :D
Muszę się pochwalić czymś jeszcze. Otóż równo miesiąc temu ze skutkiem (nareszcie) pozytywnym zdałam egzamin na prawo jazdy. W świat jeszcze nie wyjechałam, ale przynajmniej wożę się do i z pracy (choć przyznaję, że są dni, kiedy ledwo mogę dowlec się do samochodu - wtedy wracam na stare dobre miejsce pasażera, żeby oszczędzić tacie ewentualnego zawału).

A jakie plany? Bliższych brak, a dalsze - wywalczyć stypendium i zdać maturę na 100 pro. Once again :D

niedziela, 18 stycznia 2015

After sunday

Dwa miesiące zastoju. DWA! Nigdy nie spodziewałabym się po sobie takiego niezorganizowania.
Coś jest na rzeczy... kurcze, mam to słowo na końcu języka...
już wiem! STUDIA! Tak, to przyczyna wszelkiego zła.

Właściwie muszę przyznać, że jestem z nich całkiem zadowolona. Naprawdę czekam na każdy kolejny dzień, dużo wcześniej planuję w co się ubiorę, w co się spakuję, co będzie na przerwach...
Wyniki całego tego planowania są... dość nieprzewidywalne, ale łudzę się, że to ma sens :D
 Cieszy mnie wszystko. Od lokalizacji, przez zajęcia po grupę.

A jutro zaczyna się sesja. Nie jest najgorzej, większość przedmiotów zdałam na zerówkach. Właściwie wszystko, co było, jest zaliczone. Ale Mikroekonomia mnie nie zadowala, a Badania naukowe zaplanowane są na czwartek. I generalnie... to koniec. Potem wolne i mam nadzieję, że wtedy spadnie śnieg. Chcemy z Sylwią odwiedzić jakiegoś miłego bacę, poszusować troszeczkę i popatrzeć na zaśnieżone góry. A wieczorami grzane wino i jakieś filmy, których ona jeszcze nie widziała, a które zobaczyć MUSI. Jeżeli natomiast śniegu nie będzie, mamy plan B - zwiedzanie Warszawy. Nie byłam tam w 2014 i nie mogę sobie tego wybaczyć. Jeżeli nie w "ferie", to pojadę tam w marcu z harcerzami na Arsenał. No ale póki co to jeszcze daleeeka przyszłość.

A na dzisiaj Beyonce

Gdybym miała streścić ostatnie miesiące w skrócie... to generalnie bez laptopa jak bez ręki. Do napisania miliard projektów, do sprawdzenia i korekty jeszcze połowa tego. Prócz tego wyjazdy na Uniwersytety Dziecięce, korepetycje i Inmedio. A poza tym dostałam się na staż do Grecji. Teraz trzeba tylko zabukować bilety, opłacić kaucję i załatwić na uczelni wszystkie papiery. Ale zabiorę się za to jutro. Dzisiaj zaliczyłam dwa movie z Sylwią i Kasią. Wracamy do korzeni, czyli najpierw Edward, a następie Jack. Pierwszy już nie wzrusza, ale drugi nie przestaje. Co więcej, dzisiaj pierwszy raz oglądając Titanica, dotarło do mnie tyle prawdy o ludziach. I zastanawia mnie... czy da się ich całkowicie zrozumieć? Czy można powiedzieć: wiem kim on jest, wiem jak się zachowa, wiem co myśli i czuje? Do tej pory zawsze myślałam, że wiem to wszystko. A teraz wyobrażam sobie różne sytuacje, podstawiam tam różnych ludzi i kurcze... no nie wiem! To dla mnie niemały szok, tym bardziej, że ciężko mi przyznać się do niewiedzy, notorycznie z tym walczę, a tutaj... chyba nie da się tego zwalczyć. No cóż, będę próbować, opracuję jakąś bazę pytań albo testowych sytuacji... nie wiem jeszcze :D Ale niedziela za 15 minut się kończy i zaraz zaczyna się ta.
Sesja.

Po sesji obiecuję sobie i WSZYSTKIM TU OBECNYM, że wracam do szycia! Mam nowe pomysły, a fundusze się znajdą. Już zatęskniłam za takim poczuciem, że robię coś kreatywnego i twórczego, co może się komuś spodobać.

Aha! Z rzeczy ważnych... rozważam dobranie drugiego kierunku na Politechnice Śląskiej. Właściwie jestem już zdecydowana, ale boję się, że ambicja mnie ponosi i będę tego żałować - taka tam powtórka z klasy maturalnej. Nic jeszcze w tym kierunku nie robię, sprawdzam, czy mi ochota nie przejdzie. Bo jeśli nie, to chyba czas pomyśleć o jakimś akademiku w Zabrzu.
No... chyba, że do tego czasu zdam już prawo jazdy, zarobię na własny samochód i będzie mnie stać na paliwo... TYLE NIEWIADOMYCH!